O autorze
Piszę. Śpiewam. Medytuję.
Stawiam na prawdę i szczerość. Za co oczywiście dość często obrywam. Nie istnieją dla mnie słowa NIGDY lub ZAWSZE. Czasem czuję się jak Piotruś Pan w Nibylandii. A czasem jak Nemo Nobody. Ale i tak uwielbiam życie. Kontakt z rzeczywistością nawiązuję przez NVC. Zapraszam do mojego świata.

Stara szkoła vs 2014

Zanim usiadłam do tego tekstu, dwa razy obejrzałam film "Miasto 44", gdyż miałam napisać tekst do piosenki, która będzie promować film. Po premierze przesłuchałam też prawie wszystkie audycje dotyczące Powstania Warszawskiego i "Miasta" oraz - co najważniejsze - przeczytałam wiele recenzji na jego temat.

Początkowo nie mogłam zrozumieć, o co w wielu z nich tak naprawdę chodzi.



Mam świadomość, że każdy ma prawo do prywatnej oceny. Z własnego punktu widzenia. Ale każda publiczna ocena z natury rzeczy obciążona jest przecież błędem subiektywizmu, a jeśli pisana jest przez legendę krytyki filmowej, to staje się opiniotwórcza. Jednocześnie na Autorze ciąży brzemię wielkiej odpowiedzialności tym bardziej, że dotyczy tak wrażliwego tematu.

Uważam, że można się czepiać wielu rzeczy, coś może nie być w estetyce czyjejś, nie mieścić się w powszechnie znanych kanonach ocen historycznych, ale koniec końców to film Jana Komasy!!! JEGO interpretacja i wizja JEGO. I tu podkreślić należy: wizja skonfrontowana z wieloma latami dokumentacji, przeglądania taśm, zapisków, rozmów z Powstańcami…
Tak! Powstańcy widzieli ten film na wczesnym etapie postprodukcji. Gdyby tego obrazu i jego komasowej interpretacji nie zaakceptowali pewnie tego wielkiego wydarzenia na Stadionie Narodowym by nie było.
Rozumiem, że głosy uczestników Powstania też mogą być różne. Że seks, papierosy i kobiety ubrane w spodnie. Że to nie do końca tak.
Ale czy to nie tak, że każdy z Nich przeżywał po swojemu? Widział co innego... Inaczej. Każdy ma swoje własne wspomnienia..
A wizja Jana Komasy była taka, żeby i ten seks i papierosy i spodnie nieszczęsne te uwzględnić.
Przecież On nie robił tego filmu, po cichu licząc na to, że potem każdy recenzent czy reżyser powie: „o, ja bym to zrobił tak samo”!
On to po „Komasowemu” robił. I już! Czy to nie na tym polega właśnie reżyseria…?

W tej właśnie chwili myśląc o osobach, którymi ten film tak wstrząsnął, że aż się nie podobał, wieczorem, intuicyjnie sięgnęłam po raz kolejny do „Dzienników” Gombrowicza. (cóż za zbieg- dziś są Jego urodziny :) ).
Otworzyłam na fragmencie zakreślonym kiedyś tam przeze mnie. Wówczas właśnie uświadomiłam sobie, jak wszystko się zmienia.
Zmienia się moje czytanie Gombrowicza, zmienia się moje rozumienie jego słów. Zmienia się postrzeganie świata, który nas otacza. I w końcu- zmienia się także podejście do tworzenia obrazu filmowego.
Wtedy oto dotarło do mnie: Panowie Krytycy, zwolennicy niepodważalnie świetnego kina polskiej szkoły filmowej- widzę w Ichniejszych oczach przerażenie. Widzę szok, panikę i lęk, Jakby tracili grunt pod nogami. A co za tym idzie? Co można zrobić z tak nieprzyjemnymi emocjami? Skrytykować ich źródło. Ot co! Wcale się dziwić przestałam!
Bo przecież wcześniej tak gładko było. Wystarczyła poprawność polityczna i wszyscy się z recenzją zgadzali.
Nie mniej jednak, okres rozliczeń tamtych dramatów mamy za sobą. Oceny pozostawmy
historykom. Przenieśmy się do roku 14. XXI wieku.
Bo tu i teraz powstało świetne kino. Innowacyjne. Skąd te strachy? Że konwencja nie ta.
Skoro w filmie o Powstaniu Warszawskim Reżyser pozwala sobie na efekty rodem z „Matrixa”, to co będzie dalej? Koniec świata!
O tak...

Na marginesie: Porównywanie Komasy do Wajdy, Munka czy Spielberga, skądinąd bardzo nobilitujące dla młodego Reżysera, nie ma większego sensu. Jesteśmy przecież tu i teraz.

Przypomniałam sobie kazus Pani, która wygrała konkurs Eurowizji.
Przepraszam, nazwiska nie pamiętam, ale pamiętam - oj, bardzo dobrze pamiętam - mój szok, który przeżyłam gdy ujrzałam ją po raz pierwszy. Ja, uważająca się za umysł wcale szeroko otwarty, tolerancyjna aż do absurdu, nawet wobec najbardziej radykalnych świrów. Bo ja cenię sobie wolność dosłownie. Ja chcę być wolna i mam w sobie zgodę na tę wolność dla wszystkich. I nagle ja, z tym moim ortodoksyjnym podejściem poczułam... odrazę! Nie, nie podobało mi się to, co zobaczyłam! To było w moim odczuciu - i nie sądziłam, że to kiedyś powiem - „nieakceptowalne”.
To poczucie zniesmaczenia bardzo mi do mojego „wizerunku” samej siebie nie pasowało. Nie mogłam przestać o tym myśleć przez wiele dni. Wtedy zaczęłam sobie uświadamiać, że nawet w moim mózgu stereotypy wykuły swoje żelazne ścieżki.
Skąd ja niby wiem, co jest smaczne, taktowne czy ładne? Bo tak mnie nauczono! Bo tak mi to przez te ponad trzydzieści lat wbijano do głowy. Zewsząd. Z gazet, z telewizji oglądanej u znajomych. Z ulicy nawet!
Tak to niestety jest!
I tak sobie teraz myślę: skoro ja mogłam przeżyć taki szok, to co powiedzieć mają ci, którzy tak bardzo do starej szkoły filmowej przywykli... Rozumiem trud. Przyjmuję go.

Jednakowoż, moje zdanie jest zgoła inne.
Osobiście podziwiam Janka Komasę za odwagę i autentyczność. Za prawdziwość podziwiam.
Podoba mi się, że On się nie opowiada. Że nie ocenia. Że tylko pokazuje, jak wyglądał wtedy warszawski świat i tamte wydarzenia. Nie mówi Widzowi, co jest dobre a co złe. On po prostu składa hołd Powstańcom.
Jest jeszcze jedna kwestia. Aktorzy.
Brak słów dla oceny ich talentu, geniuszu. Po prostu piękni. Filmowi Biedronka i Stefan... Napatrzeć się nie mogłam.

Tak więc, drogi Janku, kłaniam się w pas. Za oryginalność. Za odwagę i odejście od starego polskiego kina. Jeszcze raz: nie, że ono było złe. Ale ono już po prostu „BYŁO”.
Ukłon także do AKSON`u, że zaufał świeżości, naturalności tej... młodemu Reżyserowi, który nota bene wygląda na jeszcze młodszego:)

Kłaniam się na koniec genialnemu Pawłowi Lucewiczowi, który napisał utwór dla Anny Iwanek i dla mnie. Utwór, który w moim odczuciu jest wybitny. Nie pędzący za potrzebą bycia w mediach, prawdziwy, nie szukający poklasku, a jedynie podkreślający emocje towarzyszące filmowi.
Piosenkę wykonałyśmy premierowo na Stadionie Narodowym, a już wkrótce będzie dostępna szerszej publiczności.
Dziękuję, że mogłam brać w tym udział.

Drodzy Państwo, zapamiętajcie tę chwilę. To przełomowy moment.
To podwyższona od teraz poprzeczka.
Boję się pomyśleć o tym, jak będzie wyglądać kolejny film Jana Komasy. Wydawało mi się, że takie kino, jakie zobaczyłam w środę na Stadionie reżyserzy robią zazwyczaj w rozkwicie swojego życia, a nie na jego początku:) Tym niżej się kłaniam.



Trwa ładowanie komentarzy...