Wypowiadanie się na temat innych jest reakcją bezwarunkową mam wrażenie. I bynajmniej nie chodzi o zwroty: podoba mi się, lub nie... to nawet nie jest- "ja bym tak nie zrobił".
To od razu „złej” lub „dobrej” szufladki jest szukanie.
Tylko w którym momencie kończy się „moja opinia”, a klasyczne sądu orzekanie winy zaczyna?
Byłam ostatnio na filmie „Wstyd” i wiele recenzji przeczytałam na jego temat potem.
I tak, dowiedziałam się, że filmowy Brandon był od sexu uzależniony.
Uznałam, że albo znam inną definicję „seksoholika” albo ten film nie przemówił do mnie w tym kontekście.
W powietrzu cały czas bardziej czułam publiczności wstyd aniżeli bohatera głównego.
A w recenzjach czytam, że to zły człowiek był. Że zamiast mieć żonę i dzieci, on woli strony pornograficzne... a przecież to takie nie- przeciętne i nie- normalne.
Czemu tak potworną potrzebę wartościowania i mierzenia mamy, mimo że to nie sala sądowa, a życie po prostu?
I gdzie- kończą się „martwienie”, doradzanie i pomocy chęć, a zaczyna wyroku wydawanie?
Mamy niepodważalne prawo do emocji, do odczuwania indywidualnego. Nie ulega to kwesti.
Ale mamy też cholerny obowiązek dać innym ludziom myśleć i czuć inaczej niż my.
